„Bój się Boga dziecko, co z ciebie wyrośnie?”. Boga, co prawda się nie boję gdyż Ten najwyraźniej upatrzył sobie we mnie ateistę, ale skrajnie buntownicze podejście do życie, które traktuje mnie minorum gentium motywuje w ludziach właśnie takie komentarze na mój temat. Kto jest temu winien? Jeden Bóg wie…
(....) Poniedziałek. Rano. Budząc się czułem narastający ból głowy będący zapewne następstwem wczorajszego spotkania przy szklaneczce soku winogronowego. Ku mojemu zdziwieniu nikt za bardzo nie kwapił się, aby przerwać mój kamienny sen a budzik odkrywał przede mną nieuchronną perspektywę spóźnienia się do szkoły. Nie myśląc za długo wstałem z łóżka i naciągnąwszy na siebie jakieś spodnie, włożyłem do plecaka kilka losowo wybranych podręczników. Pospiesznie wychodząc z mieszkania zahaczyłem o kuchnię i jak zwykle zjadłem coś tam, popijając wodą z czajnika. Trzasnąłem drzwiami i w ciągu pięciu minut byłem na przystanku... Dwie minuty za późno. Pocieszając się dość nieudolnie, doszedłem do imponującego wniosku... "Zaraz będzie następny". Proroctwo moje spełniło się już po dziesięciu minutach, gdy podjechał przedpotopowy "Ikarus", którego design zwiastował mało ekskluzywną podróż. Właśnie pokonywałem pierwszy stopień, prowadzący mnie do wnętrza wehikułu, kiedy nagle poczułem, że jakaś postać, atakując od tyłu, usilnie próbuje zepchnąć mnie z pierwszego poziomu autobusowych schodów... Po trwającej zaledwie kilka sekund przepychane bark w bark, ustąpiłem, nie chcąc odnieść żadnego defektu zdrowotnego. Wypadłem na ulicę stwierdzając, że moim oponentem była około pięćdziesięcioletnia kobieta, która miała tylko jeden cel, posadzić swoje siedzenie na wolnym siedzeniu. Zanim jednak to zrobiła, odwróciła głowę, spojrzała na stojącego za nią ostatniego chama kwitując, „Kto cię młodzieńcze kultury uczył? Najpierw kobiety!". Nie chcąc wdawać się z tą przeuroczą kobietą w głębszą dyskusję, spuściłem głowę w głębokim akcie skruchy i wsiadłem do pojazdu, który mimo budzącego obawy stanu technicznego, ruszył... W miasto.
Stanąłem na przegubie. Ściągnąłem plecak, przetarłem zaspane oczy, po czym oddałem się zajęciu, które de facto, w przeciągu kilku lat moich autobusowych eskapad urosło do rangi hobby. Wytężając organ słuchu, napastowany jeszcze przez bliżej nieokreślony szum, którego genesis odnajdowałem we wczorajszym posiedzeniu, nasłuchiwałem historii z życia wziętych. Po niedługiej chwili uwagę moją przykuła rozmowa dwojga młodych, niewątpliwie inteligentnych oraz wrażliwych na piękno poezji, mężczyzn. Po kilku górnolotnych frazesach doszło między nimi do ostrej wymiany poglądów na temat, który wprowadziłby w zakłopotanie niejednego Kazimierza Wykę. Spierali się oni bowiem o to, spod czyjego pióra wyszedł utwór, znany bliżej jako "Reduta Ordona". Nie byłoby może w tym nic przejmującego gdyby nie fakt, że w grę wchodziły nazwiska dwóch rodzimych wieszczów: Juliusza Słowackiego oraz Cypriana Norwida. Opanowując sam nie wiem z skąd płynący śmiech podszedłem do jednego
z ów młodzieńców, poklepałem go po ramieniu by z błyskiem w oczach oznajmić "Słowacki..."
Na przystanku docelowym byłem na pięć minut przed dzwonkiem. Wziąwszy pod uwagę fakt, że na dojście do szkoły potrzebuję minut dziesięć, pospiesznym krokiem ruszyłem w kierunku placówki przeznaczenia. Po przekroczeniu progu szkoły stwierdziłem, że korytarze świecą pustkami, więc bez zastanowienia podbiegłem w kierunku sali, w której odbywały się lekcje... Puk, puk... Nacisnąłem na klamkę i wszedłem do klasy. "Przepraszam za spóźnienie" wykrztusiłem z siebie bez większej inwencji. "A ty jak zwykle spóźniony", kobieta z poirytowaniem zjadła mnie wzrokiem. "Wie Pani, ze mną jak z Michałem Wiśniewskim. Jestem, jaki jestem".