Hubert H. rok temu „puścił długą wiązankę” legitymującym go policjantom z Dworca Centralnego obrażając przy tym prezydenta, a rok później nie stawił się na własną rozprawę. Głupi, czy co?
Doprawdy trudno zrozumieć postawę bezdomnego Huberta. Na dworcu jest zimno od posadzki, wilgoć bije z kątów, halę główną trzeba dzielić z setką podróżnych, a darmowe jedzenie trudno zdobyć. Co państwo może w tej sprawie zdziałać? Zamknąć bezdomnych w więzieniach.
Policjanci legitymujący pana Huberta wzięli sobie za sprawę honorową dostarczenie go do przytulnego aresztu i tym samym zapewnienia lepszego bytu. Wyczekali na moment, w którym bezdomny będzie nieco wstawiony — tak by był bardziej wylewny — następnie sprowokowali go do obrazy głowy państwa, za co został przewieziony do Izby Wytrzeźwień, a jego sprawa skierowana do prokuratury. — Mission complete! — pomyśleli policjanci. Teraz bezdomny będzie miał przytulną, ciepłą sześcioosobową celę, trzy posiłki dziennie i telewizor. Nic nie będzie musiał robić, no i najważniejsze — przetrwa zimę bez uszczerbku na zdrowiu.
Rozprawa zaplanowała została na 24.08.2006, miał ją poprowadzić warszawski sąd, prokuratura miała wysłać wezwanie do Huberta H. i w ogóle miało być fajnie. Jednak pojawił się problem. Pod jaki adres wysłać wezwanie do oskarżonego, który jest bezdomny? Obradowali prokuratorzy, lecz niczego nie wymyślili. Czekali więc cierpliwie, być może oskarżony na własną rękę dowie się na kiedy ma wyznaczoną rozprawę i w jakim sądzie. Bezdomny Hubert szukał (zapewne) w prasie, szukał w Internecie, szukał w telewizji oraz pytał napotkanych funkcjonariuszy, nikt niestety nie mógł mu pomóc.
Sąd wykazał się ogromną dobrocią pragnąc dać Hubertowi jeszcze jedną szansę. Błyskawicznie wysłannicy wymiaru sprawiedliwości ustalili, że Hubert H. prawdopodobnie przebywa teraz w Katowicach i wysłali za nim list gończy. Pardon, zarządzili „ogólnopolskie poszukiwania”, angażując w to wszystkich policjantów w kraju, a kto wie czy i nie za granicą.
Nie uległ sąd namowom lewackich, a i prawicowych, protestujących na sali obrad, którzy bezdomnego skazać chcieli na pewną śmierć, uwalniając go od wymiaru sprawiedliwości. Nie uległ również sąd namowom Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, która próbowała tłumaczyć, że „ [...] słowa pana Huberta były rodzajem swoistej skargi obywatelskiej wyrażonej w języku, którym on się posługuje na co dzień, bo nie zna innego. ” Sąd nie głupi, w takie wyjaśnienia nie uwierzył. Bujać to on, nie jego — pomyślał sędzia.
Tak więc starania policjantów, strażników miejskich i innych służb mundurowych nie pójdą na marne. Funkcjonariusze nie spoczną dopóki nie uratują pana Huberta przed nadchodzącym mrozem, głodem i poniżeniem. A kiedy już go znajdą, dołożą parę lat za niestawienie się na rozprawę, żeby więcej zim w ciepłym więzieniu przesiedział.
Na słowa uznania zasługuje również sam prezydent, który do sprawy się nie miesza, bo — jak twierdzi — nie ma takich uprawnień. To oczywiście wrodzona skromność pana Kaczyńskiego II (I?), bo jako głowa państwa możliwości ma o wiele większe niż nieśmiało twierdzi jego rzecznik. Udowodnił to już, nie tak znowu dawno, kończący prezydenturę pan Kwaśniewski, który okazał się na tyle nieczuły, że z przytulnego więzienia wyrzucił w sobotkę skorumpowaną swołocz. Nazwiska swołoczy nie podam, bo jednak wolę cieplutkie mieszkanko na Mokotowie, niż cieplutkie więzionko na Rakowieckiej.