Ile razy już przy samym wejściu na, dajmy na to, Gadu-Gadu zasypały was sterty tzw.: łańcuszków? Jeśli z miłą chęcią rozesłaliście je po całej liście kontaktów, lepiej sobie odpuśćcie dalsze czytanie. Jeśli dostaliście epilepsji lub innych śmiertelnych objawów wściekłości – witam w klubie anty-łańcuszków.
„To jest łańcuszek dla tych, co nienawidzą łańcuszków. Jeśli wyślesz go 100 osobom – kompletnie nic ci się nie stanie. Jeśli wyślesz 50 – również nic się nie stanie. Jeśli nie wyślesz nikomu – też się, kurna, nic nie stanie! Pan A wysłał sto łańcuszków i nie wygrał w Toto-lotka. Pan B nie wysłał żadnego i nic mu się nie stało. Pani (za dużo tych samców) C wysłała dwa łańcuszki i jej mąż się wyprowadził (JUHUU!). Pan D nie wysłał żadnego łańcuszka i wpadł do kanału, ale kto mi udowodni, że miałam z tym coś wspólnego?”
Łańcuszki znane były już bardzo dawno, tyle że wcześniej były o wiele bardziej kosztowne. Forma listu nie tylko narażała ludzi na poniesienie kosztów znaczków i kopert (ba, i papieru), ale także doprowadzała do skurczów nadgarstka. Pal licho, gdy trzeba było wysłać łańcuszek do naszych największych przyjaciół, gdyż wtedy można było dokładnie przemyśleć naszą sympatię do co niektórych osobników (aha, ten trzy lata temu nie oddał mi zeszytu, a ta w wieku pięciu lat uderzyła mnie łopatką w głowę, a więc nie są najlepszymi przyjaciółmi). Gorzej, jeżeli naszym zadaniem było wysłanie tego swoistego wąglika do dziesięciu lub (nie daj Boże!) stu osób. A ksero nie było wtedy jeszcze tak popularne…
Dziś oczywiście sprawę mamy okropnie ułatwioną, gdyż poczta łańcuszkowa rozwija się na tańszym polu jakim jest internet. Przyciśnięcie klawiszy Ctrl+C nie stanowi takiego problemu, jaki to mieli nasi pradziadowie w epoce papieru. Choć od tego ręka też może zaboleć, bo nagle cena za utrzymanie przy sobie szczęścia wzrosła do tysiąca osób! Można się wściec…
Właściwie bardzo ciężko stwierdzić, gdzie znajduje się kłębek, z którego sączy się nić łańcuszka. Można tylko przypuszczać, że sprawcą tych arcy-interesujących wiadomości jest jakiś znudzony życiem osobnik, należący do gatunku tych, którym powinno się konfiskować komputery. Raz puszczony w ruch łańcuszek leci dalej przez następne lata i nic nie jest w stanie go zatrzymać. Dlaczego? Cóż, dobre pytanie. Może po prostu jak to zwykle bywa ktoś wykorzystał ludzką naiwność i wrodzony talent do wierzenia we wszystkie zabobony. Niektórych aż ciarki przechodzą, widząc wiadomość: „Wyślij dalej, bo ci się stanie to i tamto”. Śmiać mi się chce, gdy słyszę czyjeś gorące zapewnienia, że to na pewno nie kawał. Jeszcze bardziej cieszy mnie widok pseudo-oświeconych, którzy po wysłaniu łańcuszka szybko tłumaczą się: „Inne łańcuszki to głupoty, ale tego nie odważę się skasować” lub „Wolę nie ryzykować”. Czego, proszę państwa, ryzykować? Że niebo zwali nam się na głowę, a w Biedronce skończy się zapas krojonego salami? I tak się skończy, możecie mi wierzyć, bo taki to już asortyment…
Jeszcze gorsze od typowych łańcuszków, zazwyczaj kończących się przestrogą, że jeśli nikomu nie wyślemy tych parudziesięciu literek, spotka nas nieszczęście, są łańcuszki żerujące na ludzkim współczuciu. Oto przychodzi dziś do mnie łańcuszek, którego autor (choroba wie, czy jakiś sadysta, czy też psychicznie chory maniak) zapewnia, że działa w dobrej sprawie, a mianowicie: ratuje komuś życie. No, trzeba wysłać, bo przecież za każde takie wysłanie Onet, Interia, czy inna wielka korporacja wypłaca nieszczęśnikowi kilka groszy! Absurdem jest wiara w altruistyczną działalność darmowych komunikatorów, których i tak nikt nie pilnuje (bo gdyby tak się działo, nie byłoby problemów z łańcuszkami). W dodatku (ojej!) pod koniec łańcuszka widzę informację, że jeśli go nigdzie nie wyślę to znaczy, że nie mam serca. O.K., nie mam. Nie mam serca do ludzi, którzy wierzą w takie rzeczy. Jeśli już ktoś ma ochotę pomagać dobrej sprawie, niech zainwestuje w Czerwony Krzyż, zamiast starać się usilnie wykorzystać publiczny komunikator do zwiększania sobie ilości dobrych uczynków.
Jakkolwiek nie doszłam do tego, jaki cel ma ten, który rozpoczyna łańcuszek przez komunikator, tak nie da się ukryć, że przemysł wirusowy na takiej ludzkiej naiwności żeruje jak kleszcz na mamucie. Bo jak tu nie kliknąć w adres www, jeśli tym samym nakarmimy głodne dziecko (trik jak z Pajacyka, tyle że w przeciwieństwie do tej strony nie nakarmi nawet pchły)? Nieświadomi altruiści, zazwyczaj nie posiadający ŻADNEGO antywirusa (toż to średniowiecze!), w ten prościutki sposób zsyłają na siebie plagę egipską o imieniu „wirus komputerowy baaardzo groźny”. I tak oto niekliknięcie na link przyniesie nam szczęście, wbrew temu co piszą w instrukcji łańcuszka.
Jeżeli nawet takie ostrzeżenia nie dają żadnego efektu, pozostaje jeszcze sprawa zjawisk paranormalnych. Bo, zastanówmy się chwilkę, czy aby przepowiadanie komuś, że spotka go nieszczęście, to nie jest to słynne „krakanie”? Szczególnie jeśli sprzeciwimy się wysłaniu łańcuszka altruistycznego, a nasz rozmówca, święcie przekonany o nieomylności słowa pisanego, mruknie na nas: „żeby ciebie spotkało to samo”. Super, dzięki, że mi tego życzysz. Rozsyłanie łańcuszków to tylko sprawa osób, które mają za dużo wolnego czasu, ale takie przekleństwa… Aż mam ochotę z miłym uśmiechem odpisać: „I nawzajem, kolego”.
Nadszedł okres matur, końca roku szkolnego, a co za tym idzie handel łańcuszkowy rozwija się jak nigdy. Dziś znów trafił do mnie łańcuszek, grożący zrzuceniem na mnie klątwy niezdania do kolejnej klasy. Zacisnę zęby i poczekam. W wakacje chyba pokuszę się o wysłanie go do nadawcy, dopisując oczywiście: „nie wysłałam – zdałam” (daj Bóg…).
Nie mam zamiaru rzucać tu rozkazów typu: „nie wierzcie łańcuszkom”, bo to nie o to chodzi. Sprawa jak z pokemonowymi blogami – póki ludzka głupota istnieje, będą istnieć także takie wymysły. Trudno się dziwić, skoro od lat jesteśmy przeświadczeni, że czarny kot ściągnie na nas pecha, a czerwone majtki napiszą za nas maturę. Niegdyś przesądy miały za zadanie trzymać plebs w ryzach. A dzisiaj?