„Koń jaki jest, każdy widzi”. Sądzę, że to zdanie przezacnego księdza Benedykta Chmielowskiego zna każdy - nawet najbardziej leniwy - student polonistyki. To urocze stwierdzenie poświadcza pragmatyzm autora „Nowych Aten”. Kiedy opisywał hipopotamy, żyrafy i stwory inne z bestiariuszy średniowiecznych jeszcze brane, dokładnie je opisywał, kiedy doszedł do konia, zdał się na zdroworozsądkowy ogląd swoich czytelników. Czy wszakże dokładnie wiemy, jaki ten koń jest w rzeczywistości. Może byłoby stosowniej zapytać, jaki jest w kulturze, jak się pojawiał w przekazach mitologicznych a później w literaturze.
Mam przed sobą znakomity szkic prof. Jana Szymczaka „Koń wyniósł jeźdźca ponad innych wojowników”. Ileż - poza bogatą wiedzą historyczną- może z niego wyczytać polonista!. Pamiętamy np. wszyscy scenę, kiedy biedny, poczciwy i dobry Don Kichote wyrusza na swoje rycerskie błądzenia. Chudą szkapinę przemianował na Rosynanta. Imię jak imię, mógłby ktoś powiedzieć. Ale z tej rozprawy dowiedziałem się, że : „ w Europie zachodniej wyróżniano [...] rodzaje koni w zależności od wypełnianych zadań : palefroi to rumak reprezentacyjny. destrier to koń bojowy prowadzony podczas podróży luzem przez giermka, rycerz jechał na krzepkim koniu zwanym roncin [stąd zapewne nazwa konia Don Kichota], a bagaże dźwigał juczny sommier”. Jakaż to ciepła, życzliwa wobec bohatera ale przecież ironia Cervantesa, który nędzną chabetę przemianował [ idąc tropem rycerskiego obłędu hidalga] na konia bojowego. Czytam dalej. Oto jak mianowano konie wedle ich właściwości i funkcji, które miały spełniać ; „W 1192 r. cystersi jędrzejowscy określali posiadanego konia mianem ambulator, którego w 1212 r. nazwano palefridus. W źródłach późniejszych był to inochodnik lub drabarz, specjalnie wyćwiczony kłusak, co wyróżniało go spośród innych koni. Odróżniano też konie robocze, nieujeżdżone świeropki i szwyrzepicze , arabskie badaviae czy wałachy spadones, zdatne na wojnę”. No proszę! Ileż to sporów toczono o Mickiewiczowski świerzop. Może to rzeczywiście koniczyna, jak chcą niektórzy, bo skoro były szwyrzepicze, to co one jadły, ja się pytam?
Wyniosłem z tego szkicu także przestrogę,żeby zbytnio nie obiecywać studentom, którzy zechcą na pytanie z poetyki odpowiedzieć, że dostaną „konia z rzędem”. A przecież „słowo się rzekło, kobyłka [koń] u płota” . Ileż lat musiałbym w Łowiczu przesiedzieć, żeby na takiego konia z rzędem zapracować. Bo proszę rozważyć sens dalszego cytatu : „Koń był kosztownym zwierzęciem i stanowił przeciętnie równowartość kilku wołów lub krów. W świetle rachunków z 1253 i 1267 r. za konia roboczego płacono 36 skojców, podczas, gdy wół kosztował 15-18 skojców, krowa 12 skojców, wieprz zaś 3-4 skojce. Znacznie droższe były konie do jazdy wierzchem. Wiele przykładów koni za dziesięć grzywien [a więc równowartość dwudziestu krów] zawiera Księga henrykowska”. No dobrze, a rząd ?. Musiałbym długo w rządzie - lub parlamencie posiedzieć - żeby obiecanego konia z rzędem kupić.
Widuję niekiedy konie na moich starych Chojnach. Jestem w lepszej sytuacji niż mój pies. Ja sobie mogę powiedzieć „koń, jaki jest, każdy wiedzi”. Mój pies zaś traktuje konia jako psa wielkoluda, a że mój pies to suka - patrzy na niego z uwielbieniem, co mnie, przecież jej pana i władcę doprowadza do szewskiej pasji. Cóż, nawet najmądrzejsze suki nie czytają księdza Chmielowskiego.