Aby zrozumieć metaforyczne sensy „szyboletu”, musimy pierwej sięgnąć do biblijnej „Księgi Sędziów” (12, 4-6). Wspomina się tam o walce Jeftego z Efraimem zakończonej zwycięstwem tego pierwszego i -jak to się mówi - „wycięciem w pień” nieprzyjaciela. Nieprzyjaciele chcieli Jeftego przechytrzyć i łapani w czasie ucieczki przez Jordan udawali sprzymierzeńców. „Wtedy - jak głosi Księga- mężowie z Gilaedu mówili do każdego: czy jesteś Efraimitą? Gdy odpowiadał „Nie” mówili do niego: „Powiedz, prosimy, „Szibbolet”. A on mówił „Sibbolet”, gdyż nie potrafił wymówić tego słowa poprawnie. Wówczas chwytali go i zabijali przy brodach Jordanu. Tak w owym czasie padło z Efraima czterdzieści dwa tysiące”.
Piękna metoda lustracyjna, nieprawdaż? Znamy ją także z historii Polski. Pamiętamy przecież, że w ten sposób weryfikowano zwolenników wójta Alberta. Tam -oczywiście- rolę szyboletu odgrywał pacierz, który należało odmówić poprawnie, bez germanizmów.
Przy tej metodzie, cierpieli także niewinni. Zapewne pod nóż poszło wielu zwolenników Jeftego, którzy mieli to nieszczęście, że seplenili.
Tę metodologiczną metaforę przejąłem od wielkiego słowiańskiego znawcy psychoanalizy Sławoja Żiżka. Wprowadzając w koncepcje wielce hermetycznego psychoanalityka francuskiego J. Lacana, Żiżek konstatuje, że język tego uczonego najeżony jest celowo szyboletami. Zdaje się nam, że wiemy co to jest „nieświadomość”, „podmiot”, mówimy jednak (rozumiemy) „sibbolet”. A dalej możemy listę szyboletów sami mnożyć. Co to jest „dekonstrukcja”? A może ktoś odpowie, co to znaczy „dyssyminacja”? Wydaje nam się, że wiemy, co to jest kobieta, ale niewielu tylko znajdzie właściwą formułę dla tego „puchu marnego”, formułę, która brzmi „kobieta -to przerwa w dyskursie”.
Jednym słowem, filozofia i, szerzej- humanistyka współczesna, celowo broni się przed egalitaryzmem. Jesteś, bracie, nowoczesnym i modnym teoretykiem, jeśli znasz wszystkie szybolety. W szczęśliwym położeniu są moi koledzy z Warszawy i to nie wszyscy, ale ci, którzy skupili się przy Instytucie Badań Literackich. MY maleńcy prowincjusze ciągle, idiotycznie mówimy „sibolet” narażając się na pełen politowania uśmiech.
A czy szyboletami nie jest dla naszych miłych studentów żargon, którym ich raczymy na naszych zajęciach?
Ileż to razy łapię się na tym, że biednej młodzieży funduję takie szybolety. Jest to sytuacja tym bardziej dwuznaczna, że często sam seplenię. Cieszę się wielce, że prowadząc w Łowiczu zajęcia z retoryki mogę po prostu odwołać się do źródeł - Platona, Arystotelesa, Cycerona. Klasyczna „jasność” skutecznie broni przed frustracją. Powoli zaczynamy wierzyć, że potrafimy mówić ( = rozumieć) ignorując przerażające szybolety.