Za dawnych „dobrych” czasów przecena oznaczała po prostu przecenę, czyli wyprzedaż tandetnego towaru, który zalegał sklepowe półki, bo nie było nań chętnych. Czasem, z tych przecenionych towarów można było wyłowić perełkę – znam panią, która wykupiła wszystkie futrzane czapki w dawnym „szmatolandzie”, z których (po wypruciu z nich nici i odpowiednim przycięciu) wyczarowała piękną siwo – czarną narzutę na nową wersalkę. Narzuty zazdrościły jej wszystkie sąsiadki, które z czasem także zaczęły zaglądać do „przeceny” w poszukiwaniu bubli, po przetworzeniu których, powstałoby „coś z niczego”. Dzisiaj słowo przecena funkcjonuje prawie, że w symbiozie ze słowem promocja i jeszcze chwila, a zupełnie zatrze się różnica między tym, czego nikt już nie chce kupić, bo z jakichś powodów zalega sklepowe półki, a tym, co wchodzi na rynek i należałoby przetestować jego atrakcyjność, zachęcić do kupna sprzedając po niższej, bo promocyjnej cenie. Często jednak patrzę na towary wystawione przed nos potencjalnego klienta i przecieram oczy ze zdumienia , ponieważ odkrywam, że jest to najczęściej towar, który powinien wystawiony być raczej pod hasłem przecena, bowiem jego data przydatności do spożycia świadczy o tym, że nie jest to towar pierwszej już jakości i wartości. Ktoś, dla kogo nie ma to najmniejszego znaczenia pod jakim hasłem wystawiony jest towar, a ważna jest tylko jego cena pewnie skusi się na „promocję”, może nawet ucieszy się ze zdobyczy nie przypuszczając nawet, że oto właśnie został tak najnormalniej w świecie oszukany. Reklama dźwignią handlu ?– jasne, że tak! Ale reklama, a nie pospolite oszustwo, bo tak właśnie nazywam nabijanie ludzi w butelkę pod hasłem promocja, chociaż jest to tylko najzwyklejsza przecena, ale to „tylko” robi przecież kolosalną różnicę.
I dokładnie powinniśmy o tym wszyscy wiedzieć! |