Zarzekałem się, nie zaglądać do śmietnika/ Zajrzałem/ i tam swoje pretensje do sztubackich minoderii Zagajewskiego, składałem/ Co robić, kiedy wszystko wiadomo o polityce/ o dominacji/ mafiosach i innych tego rodzaju synach/ Czy jeszcze czepiać się kogo, jak „krętka bladego” / Wiersz Adama Zagajewskiego, „Ciepły deszcz”, nie ma sprawy, cytuję, jak leci:
„Wieczorem, w obcym mieście, szedłem/ ulicą, która nie miała imienia./ Coraz głębiej zanurzałem się w obcość,/ w gęstą wiosnę, po stopniach kamiennych./ Padał ciepły deszcz i ptaki śpiewały/ cicho; czułość była w ich głosach dalekich./ Syreny statków płakały w porcie,/ żegnając się z ziemią znajomą./ W otwartych szeroko oknach kamienic/stały postaci ze snów moich i twoich,/ i wiedziałem, że idę w przyszłość, w epokę/ minioną, jak pielgrzym do Rzymu.”
Czy zostanie mi szukać we własnym śmietniku/ czy to był wieczór/ Grudzień 1981 rok, w obcym mieście: ch… wie, jaką szedłem ulicą/ w co wdepnąć, to znaczy wtedy, w co można być zanurzony/ Zagajewski etykietuje „w obcość, w gęstą wiosnę”/ a pode mną załamują się opuchnięte nogi/ „piździ, jak sk… syn” zuchwale szepczę wybujałej nadziei/ piętnaście marek za godzinę, sto dwadzieścia dniówka/ będzie Panisko, wszystko Pod Choinką/ Te przeżarte solami śniegów rakiety, jak znalazł, dla Św. Mikołaja/ obłożę moje dziecko prezentami/ na przykład, cytrusami, nie – żadnych kwasów/ niech będzie wanna pomarańcz, i czekolada „Milka” – alpejskiego mleka smak/ „Frau, Liebe Frau, Ich kene machen alles, Die Tage Und Nacht”/ „Dlaczego, k…, szczujecie mnie psami, Ich frage uber Arbeit”/ Mój tata w Auschwitz już znał na pamięć „Arbeit Macht Frei”/ Śnieg skrzypi lodowate przekleństwa, nie ma ptaków/ Gdzieś zamarzają słowa Kolendy/ „Stille Nacht”.
|