Wspominam czasy niemal mityczne. Wiem, że nie był to „wiek złoty” - przeciwnie : był to okres biedy, zniewolenia, cenzury, wielorakich restrykcji. Niebawem wielu z moich znajomych znajdzie się w więzieniach, będzie internowanych bądź wyjedzie z Polski. Był to jednak czas integrowanego życia naukowego, intelektualnej komunikacji, wspólnoty badawczej, czas teoretycznoliterackich konferencji, sympozjów, dyskusji.
Nie ma tego dziś w nie-restrykcyjnej i nie-cenzurowanej rzeczywistości. Nie ma z oczywistego powodu - z braku pieniędzy nie tylko na konferencje naukowe, ale na naukę w ogóle.
Z tych naszych nigdysiejszych posiedzeń, rozważań i sporów powstały zapisy - księgi konferencyjne poświęcone raz problemom stylu i kompozycji, a to zjawiskom przestrzeni artystycznej bądź też koncepcjom narracji i fabuły. Korzystają z nich nasi studenci i będą jeszcze długo korzystać, jak sądzę. Nie byliśmy wówczas gabinetowymi uczonymi, mędrcami, którym głowy pochylił ciężar spekulacji. Zawsze była „stara gwardia IBL” - J. Sławiński, A. Okopień- Sławińska. M. Głowiński, K. Bartoszyński. Zdarzało się, że że zaszczyciły naszą konferencję „osoby z Encyklopedii” - S. Skwarczyńska, M.R. Mayenowa, H. Markiewicz, ale przede wszystkim byli naukowi debiutanci [dziś zakomitości teoretycznoliterackie], były sympatyczne studentki polonistyki, które obradom przydawały blasku i blask budziły w oku szacownych dyskutantów. Takaż to była „norma dnia” - a jaka była „pasja nocy?”. O tym by wiele - ale nie o wszystkim opowiem.
Było to bodajże w 1976 roku. Spotkaliśmy się na konferencji w Kikole pod Toruniem. Uroczy zameczek [oddział Muzeum Wojska Polskiego] eksponujący średniowieczne uzbrojenie zachęcał do teoretycznoliterackich sporów. Piękne damy czekały z szarfą w ręku, by nią obdarzyć zwycięzców w boju na struktury lub epistemy. Wieczorem wszakże przy kielichu dobrego wina spotykaliśmy się wszyscy w przyjaźni. I pasowani rycerze , i giermkowie, i pospolite ciury, i szacowne damy, i ponętne służebne. I teraz odbywał się drugi turniej : literacki. W Kikole „bohaterem” naszych zmagań był limeryk [ inne konferencje preferowały np. epigaramat, fraszkę, nagrobek], . Limeryk - pamiętamy o tym - prezentuje czysty nonsens zawsze jednak w formalnych rygorach nazywania miejsca, w którym się „dzieje”.
Ze wzruszeniem patrzę na zniszczony egzemplarz czeskiego „Plamenia”, w którym [ na szukanie papieru nie było już czasu] zapisywano limeryki upamiętniające czyny sławne uczestników Konferencji. Bardzo sobie i cenię fakt, że razem z K.W. Tatarowskiem jesteśmy bohaterami jednego z limeryków. To nic, że jest trochę złośliwy.
Z jedenastu zachowanych limeryków przytoczę bodaj trzy ,
1. Raz pewien magister w Kikole
Spojrzał na panią Olę [I]
Poczuwszy słodkie dreszcze
Rzekł : „ Mów do mnie jeszcze
Tańcząc kankana na stole”
2. W Kikole Bartoszyński Kazimierz
nie zwykł był wylewać za kołnierz.
Nie dopieścił, nie dośpiewał,
lecz za kołnierz nie wylewał
mówiąc : „Siły na zamiary mierz”
3. Raz docent [II] Janusz Sławiński
spotkał przypadkiem rym żeński
i rzekł: „Lubię niuanse
więc wolę konsonanse
ale najbardziej półgęski”
Uwagi :
[I] - Aleksandra Okopień - Sławińska
[II} wówczas Janusz Sławiński był jeszcze docentem