Ile razy w całym swoim życiu usłyszeliście: „Nie przeszkadzaj mi! Oglądam reklamy!”? Jakąkolwiek liczbę podacie i tak będzie za duża, więc może sobie odpuśćmy pytania…
Oglądamy właśnie pasjonujący film o rybach – zabójcach (rekinach, jakby ktoś był dociekliwy), które pożerają ludzi jak nasz znajomy hamburgery, gdy nagle BUM! Na ekran wjeżdża logo kanału i napis obwieszczający, że czas na reklamę. Czas na niekończące się debaty na temat proszków do prania, płynów do płukania, pokarmów dla kotów i Kinder Niespodzianek. Jeśli dobrze się zastanowić ponad 41% siedzenia przed telewizorem spędzamy na dobrowolnym poddawaniu się praniu mózgów.
Mistrzami długości bloków reklamowych są definitywnie Polsat (około 15 minut) i TVN-y (10 minut, ale znacznie częściej). W rezultacie film, który na starych, dobrych kanałach typu TVP1 i 2 trwa od 20.00 do 22.00, na Polsacie rozciągnie się do 23.00, jeśli nie zerowej (najważniejszy powód mojego zniechęcenia do wieczornych seansów). Tym samym tracimy całą godzinę na podziwianie pań domu przy pracy, albo panów domu przy piwach. Nie mówiąc już o losowaniach Lotto…
Reklamy dają niesamowite pole do popisu dla ich twórców. Można na przykład przez dwa tygodnie pokazywać na antenie wynurzającą się z ziemi czerwoną dłoń, albo czarne węże, nasuwające nam pytanie: „Skąd te węże?” i zachęcać ludzi do zgłębiania tajemnicy. No bo o co, kurde, chodzi w tych podchodach? Choć po powolnym wchodzeniu Heyah jesteśmy już wyczuleni na podobną taktykę, wciąż pojawiająca się niema, intrygująca łapa zmuszała wszystkich do myślenia nad jej sensem.
Inny ciekawy sposób na zdobycie krótkotrwałej popularności to stworzenie reklamy działającej na nasze poczucie humoru. Ale ile, do diaska, można się śmiać z tego, że kura jest „Prawie jak orzeł” (zwłaszcza w czasach ptasiej grypy jest to mało zabawne…)?
Najgorszy jest jednak fakt, że specjalistom od reklamy naprawdę udaje się zadziałać na umysły niewinnych obywateli. Jeśli odbiorcami są nieletni będzie jeszcze łatwiej, bo jak wiadomo dzieciom można wmówić wszystko, łącznie z faktem, że pies sąsiadki lubi, gdy się go ciągnie za ogon. Nie dziwi więc, że oficjalnie nie wolno pokazywać reklam zabawek droższych niż ustawa przewiduje. Pytanie, czy taki sam zakaz nałożyć na reklamy drogich bombonierek, czy Kinder Czekolady (w najlepszym wypadku stracisz złotówkę i kilka groszy na cztery marne kawałki czekolady z nadzieniem z zastygłego mleka)? Nie mówiąc już o Merci, które dodatkowo proponują nam wyłożyć na stół, gdy zwalają się do nas wszyscy sąsiedzi z promienia dziesięciu mil. A rachunki dalej lecą…
Jeśli już nie mamy szansy zaciekawić naszym produktem dzieciaków, możemy zastosować trik z nazwiskiem. Jeśli pewna dama zobaczy, że jej ukochany aktor lubi kobiety, które czytają Claudię lub poleca nowy proszek do prania, zaraz zapragnie mieć to, co zwraca uwagę mężczyzn. Jedyna uwaga jakiej się może spodziewać to wyraźne niezadowolenie jej męża („Co ci odbiło, by kupować 50 kilo proszku!?”) albo uśmiech na twarzy przechodnia, na którego oczach wlazła w słup wysokiego napięcia, zaczytując się w nowej Claudii. Niestety perswazja to bardzo silne narzędzie…
Reklamy nie są jednak jak wiadomo narzędziem piekieł i czasami udaje im się zdziałać coś dobrego. Gdy już przestaje nas męczyć muzyczka z Kinder Bueno, możemy w swoim towarzystwie rzucić czasem jakimś reklamowym tekstem („A świstak siedzi…” stało się niemal polskim powiedzeniem). Zawsze to jakiś sposób, by podtrzymać upadającą rozmowę, nieprawdaż?