Poniedziałkowy wieczór, godzina 20. Tysiące polaków zasiada przed telewizorami w napięciu oczekując kolejnego odcinka ulubionej telenoweli. Na godzinę świat przestaje istnieć, problemy życia codziennego ustępują miejsca wyidealizowanemu losowi bohaterów „M jak miłość”. Polska wstrzymuje oddech gdy serialowe pary kłócą się i godzą przez 15 kolejnych odcinków, gdy któryś z bohaterów ulega wypadkowi, umiera nagle (no powiedzmy, że nagle, gdyż jego śmierć jest zazwyczaj zapowiadana jakieś 3 tygodnie przed emisją serialu na wszelkich możliwych portalach internetowych) bądź jedna z bohaterek przeżywa istne „męki Tantala” dokonując wyboru pomiędzy dwoma osobnikami płci przeciwnej zabiegającymi o jej względy.
Zawsze zastanawiało mnie, jakim sposobem seriale zyskują tak wielką i ciągle rosnącą popularność. Co w sobie mają, że przyciągają przed telewizory tak wielką ilość widzów z różnych regionów, środowisk, pozycji społecznych. W dużej mierze pewnie jest to spowodowane ukazywaniem przez nie wyidealizowanego życia. Takiego, o jakim każdy w jakiś sposób marzy. Takiego, na jakie wielu z nas może tylko popatrzeć. Widzowie chociaż na chwilę chcą się poczuć jak w serialu, oderwać od szarej, brudnej rzeczywistości z jaką przychodzi nam na co dzień obcować. Nie przeszkadza im nawet rzucająca się w oczy sztuczność i przerysowanie bohaterów i sytuacji. Nikogo nie razi fakt, że domy bohaterów cały czas wyglądają jak żywcem wyjęte z katalogów meblowych, że nigdy nic się nie psuje, nie kurzy i nie brudzi. Zredukowane do minimum zostały także typowe ludzkie zachowania jak chodzenie do toalety, jedzenie, wracanie zmęczonym po pracy do domu. Bohaterowie telenowel zawsze są promienni, w dobrej formie, nienagannie ubrani i umalowani.
Cóż, może właśnie taka jest rola serialu? Ukazywanie życia takim, jakie powinno być. Pozbawiona większych problemów, kłopotów i trosk egzystencja serialowych bohaterów, których kocha cały kraj, daje siłę zwykłym, przeciętnym ludziom, by przeżyć kolejny, szary tydzień, by następnego dnia znów zanurzyć się codziennej beznadziei, marząc o lepszym jutrze, o uśmiechu losu.
Taka mała iskierka nadziei, że może kiedyś wszystko się ułoży, że może kiedyś przeciętna, polska gospodyni będzie chodzić po domu w szpilkach, a za oknem zawsze będzie świeciło słońce.