Widzę ją już z daleka. Niestety, nie mam jak jej wyminąć, więc tylko wzdycham cicho i idę dalej. Serce zaczyna mi szybciej bić, gdy zbliżam się do niej. Grupka dziewczyn z równoległej klasy zebrała się w najpopularniejszym miejscu w szkole, niedaleko sali gimnastycznej. Staram się na nie nie patrzeć, nie zwracać niepotrzebnie ich uwagi na moją osobę. Mijając je nie wytrzymuję i zerkam na nie ukradkiem. Mierzą mnie wzrokiem, a ich twarze przybierają pogardliwy wyraz. Dla nich jestem nikim. Po chwili odwracają się i wracają do rozmowy, dzięki Bogu nie mówiąc nic na mój temat swoimi umalowanymi najdroższymi błyszczykami ustami. W malowniczych, dokładnie wyćwiczonych pozach prezentują na sobie niczym modelki ciuchy od najdroższych projektantów. Potrafię już rozpoznać buty Chanel czy torbę Lacoste. Spoglądam ponuro na moje buty kupione w Croppie, bluzkę z Housa czy spodnie z H&M.
Miałam wątpliwą przyjemność przez trzy lata uczęszczać do prywatnej szkoły, którą opuściłam bogatsza w nadmiar nowych doświadczeń. Z jakimi ludźmi miałam do czynienia? Ach, te VIP-y (sami się tak nazywali). Ich rodzice posiadają najdroższe samochody, domy w najbogatszej w mieście dzielnicy i najwymyślniejsze elektroniczne cudeńka. Ich ukochane dzieci uważają się za bogów. Rodzice im na wszystko pozwalają, nauczyciele pobłażają. Ci ludzie wakacje spędzają na Kubie albo w Egipcie, a do Paryża jadą, tfu, LECĄ na zakupy. Czegóż chcieć więcej? Mniejszość szkoły, czytaj: ludzie normalni, między innymi ja, nie mają nic do powiedzenia. Mieszkam w zwykłym domku jednorodzinnym, wakacje spędzam nad morzem albo na Mazurach. Nie ubieram się w znane marki. Nie szastam pieniędzmi na prawo i lewo, a moje kieszonkowe nie jest równowartością miesięcznego zarobku przeciętnego Polaka. Nie farbuję włosów na blond, nie odwiedzam solarium (chociaż niektóre dziewczyny wyglądają, jakby nie tylko odwiedzały, ale i także zawarły bliższą znajomość albo się zatrzasnęły), nie posiadam kolczyka w języku, nie gram w golfa. Jestem potwornie dziwaczna, prawda?
Kiedyś, jeden, jedyny raz poszłam na imprezę organizowaną przez jedną z tych „nadzianych” osób. To doświadczenie nauczyło mnie nigdy nie brać w czymś takim udziału. Najwyraźniej to przyjęcie urodzinowe zostało urządzone jedynie dla szpanu. Dom w dzielnicy willowej z zewnątrz bardziej wyglądał jak pałac, w środku z tajemniczych powodów okazał się być labiryntem. Zewsząd otaczały mnie ogromne lustra w złotych ramach (nigdy nie dość podziwiania własnej doskonałości) i kryształy z cyklu jak-je-zbijesz-nie-żyjesz. Cały dom utrzymany był w tonacji kolorystycznej przywodzącej na myśl pingwina. Podczas „zwiedzania domu” (tak!) cały czas śledziło nas czujne spojrzenie sztywnej pani domu ubranej w drogą sukienkę, coby nikt niczego nie zwinął. Do jedzenia podano sushi i inne tego typu przekąski, lubiane przez bogatych. Po krótkim czasie opuściłam to miejsce, gdyż zdałam sobie sprawę, że rażąco tam nie pasuję, a w dodatku nie mam o czym gadać z tymi wszystkimi bogatymi dziećmi.
Powinnam wstawić tu chyba zgrabny morał, więc się wysilę. Szczerze mówiąc, cieszę się, że nie posiadam tylu pieniędzy. To nieco przerażające, kiedy celem życia staje się lans. Ja głodem nie przymieram, a za to potrafię rozmawiać o czym innym niż najnowsza kolekcja Prady czy ostatnie zakupy w Paryżu. Bo przecież, jak wszyscy wiemy, pieniądze nie są najważniejsze, prawda? Chyba, ze chcemy cokolwiek znaczyć w tym świecie. |