W najbliższą niedzielę lud przemówi. Wyposażony z woli własnej w czynne prawo wyborcze wrzuci do urn papier wart 121 mln zł (dane PKW na temat kosztu wyborów prezydenckich). Taki pieniądz wydaje się ostrożnie i z namysłem, jeśli należy do wydającego. Wybory są otóż jedyną w demokracji okazją do wydania pieniędzy publicznych przez ich posiadacza, czyli obywatela. Później o losie kasy decydują już tylko urzędnicy.
Wybierać będziemy prezydenta, czyli osobę w polskim systemie politycznym umiejscowioną na szczycie, jeśli patrzeć na prestiż, lecz realną władzą niewiele przewyższającą szefa kancelarii premiera, co ważniejszych ministrów, a nawet bardziej prężnych wojewodów, którzy posiadają prawdziwą zdolność wydawania prawdziwych poleceń, które są następnie rzeczywiście wykonywane. Prezydent, poza uprawnieniami porządkowymi (zarządzanie wyborów, skracanie kadencji), personalnymi (powoływanie i odwoływanie prezesów i członków różnych mniej lub bardziej potrzebnych gremiów), ozdobnymi (ordery i odznaczenia) oraz tradycyjnymi (prawo łaski), posiada nikły wpływ na losy państwa, choć może utrudniać rządzenie i wywierać naciski za pomocą odmówienia podpisania ustawy (potocznie weto) oraz zwracania się z orędziem do Sejmu, do Senatu lub do Zgromadzenia Narodowego.
Kandydaci wywodzący się z ugrupowań parlamentarnych - Komorowski, Kaczyński, Pawlak, Napieralski - pragną prezydentury ze względu na blask, jaki towarzyszy temu urzędowi, a także dla owych porządkowych i personalnych prerogatyw, które umożliwią im uczestniczenie w politycznych rozgrywkach. Mizerna władza realna prezydenta sprawia, że nie ma żadnego znaczenia, który z powyższych dostąpi zaszczytu zasiadania w Pałacu - przewidywalne scenariusze zapowiadają stosunki prezydenta z rządem i Sejmem tak, jak można sobie wyobrazić współpracę PO z PO, PiS z PiS, bądź konflikt PiS z PO. Wszystko to już było, i nie wygląda na to, żeby lud, który w niedzielę odda głos, był tym zachwycony.
Janusz Korwin - Mikke, ośmieszany i lekceważony jest przez mainstreamowe media głównie dlatego, że mainstream polityczny się go boi. Kandydat partii Wolność i Praworządność sprzeciwia się otóż etatyzmowi i socjalizmowi, propaguje liberalizm i gardzi demokracją. Realizacja takich poglądów w chwili, gdy Korwin - Mikke uzyska choć minimalny skrawek władzy, grozi trzęsieniem ziemi w polskiej polityce. Wylecą z ciepłych posad tłumy urzędników, politycy będą musieli udać się, jak radził premier Belka w Sejmie, do roboty, a nieprzywykli do takowej na emigrację wewnętrzną, prawdziwą, lub w polityczny niebyt. Korwin wyraża więc pragnienie zdecydowanej większości społeczeństwa, która na gadające głowy w telewizji nie może od lat patrzeć, nie mówiąc już o słuchaniu.
Skoro jednak prezydent władzy ma niewiele, takie trzęsienie ziemi odbędzie się na niewielką skalę. Dla tych wyborców, których przekonano, że Korwin jest groźny (widziałem z bliska, nie jest) najbliższe wybory stanowią szansę na przeprowadzenie eksperymentu, dużo bardziej bezpiecznego, niż uczynienie onegdaj z Leppera wicepremiera rządu RP. Usadowienie Korwina na fotelu prezydenta da mu szansę przemawiać z innej niż dotąd pozycji, stworzy sytuację, w której będzie on w ogóle słuchany. Prawo weta umożliwi mu z kolei realizację pewnego wycinka swoich postulatów - wetowanie wszelkich ustaw podnoszących podatki może doprowadzić do obalenia rządu, ale może również stanowić bodziec dla rozwoju liberalnego skrzydła Platformy, które dochodząc do głosu mogłoby z prezydentem Korwinem całkiem sprawnie rządzić państwem, wreszcie naprawdę przyjaznym.
Wentylem bezpieczeństwa takiego eksperymentu okaże się mała siła rażenia prezydenta - trzęsienie ziemi będzie lokalne, demonstracyjne. Będzie stanowić przykład i rodzaj reklamy, a skutki takiego wietrzenia urzędów będą na razie niewielkie. Społeczeństwo będzie miało okazję zaznajomić się i oswoić z tym potwornym Korwinem, którego zna zwykle z baśni o zabijaniu niepełnosprawnych i braku szacunku dla kobiet. Jeśli Korwin sprawdzi się jako prezydent, za półtora roku będzie można dobrać mu do Sejmu takich posłów, z którymi będzie mógł on realizować swój program w sposób już aktywny i dynamiczny, bez wetowania. Jeśli się narazi, trzeba go będzie tolerować przez 5 lat. Sądzę jednak, że człowiek głoszący konsekwentnie te same poglądy od lat kilkudziesięciu, nie narazi się nikomu bardziej, niż dotychczas.
W osobie Janusza Korwina - Mikke wybierzemy prezydenta godnego, eleganckiego, myślącego i umiejącego swoje myśli prezentować, posiadającego wizję Polski odmienną od wizji wspólnej pozostałym kandydatom, za to spójną i pozwalającą optymistycznie patrzeć w przyszłość. Wybierzemy człowieka nie uwikłanego w żadne układy polityczne i biznesowe, człowieka z zasadami.
Mam nadzieję, że dobrze wybierzemy.
http://www.maciejochocki.blogspot.com/