Zajęcia jak zajęcia. Raz są ciekawsze, raz nudniejsze. Niekiedy nie mogę się po reakcji mych słuchaczy zorientować, jak wykład przyjmują. Ich skupiona uwaga może być wyrazem szczerego zainteresowania, ale może też oznaczać stan absolutnego rozmarzenia, zagłębienia się w myśleniu o radościach, jakie ich czekają po skończonej „lekcji”.
Prowadzę teraz zajęcia z teorii literatury na filologii klasycznej. Wydawało mi się słuszne, że pierwsze wykłady należy rozpocząć od przypomnienia myśli Arystotelesa, choć może to było i „noszenie drwa do lasu” zważywszy na charakter studiów. Ale poszło dobrze. Widziałem, że ich to interesuje i jest im przydatne. Pióra skrzypiały, notatki rosły, ja zaś cieszyłem się w duchu, że wykonuję pożyteczną pracę. Do czasu. Przyszło mi bowiem na myśl, żeby przywołać dwa przykłady retorycznego postępowania, w których argumenty i słowa zastąpiono gestem. Jednym z nich był tzw. precedens Fryne. I kiedy zacząłem mówić, jak to milcząca do czasu Fryne pomijając zarzuty, że pięknością swoją wabi młodzież ateńską i odrywa ich od politycznych powinności nagle rozwiązała przepaskę i odsłoniła piękne piersi, a ich widok poraził dostojną radę starców, i zrozumieli, że jest to argument nie do zbicia i takie piękno nie powinno się marnować. I Fryne została uwolniona od zarzutu demoralizacji.
I kiedy tak radośnie tokowałem, zauważyłem dwa paluszki nieśmiało uniesione do góry. Co u licha, kto tu chce wychodzić w środku wykładu?. Spojrzałem na właścicielkę tych paluszków, uroczą blondyneczkę z zadartym noskiem i milcząco na nią popatrzyłem. A ona rzekła: „Panie doktorze, to nie tak było. Fryne miano ukarać za to, że przyrównywała się do Afrodyty i nago wychodziła z morza prowokując przechadzających się młodzieńców. Zaś opaskę rozwiązał jej obrońca, bo ona sama była przekonana o swej winie”. Cóż było robić. Nie należę do wykładowców, którzy za wszelką cenę chcą być mądrzejsi od swych słuchaczy i jeśli się mylę, do błędu się przyznaję. Rzekłem przeto: ”Masz rację, dziecko, przepaskę rzeczywiście rozwiązał retor Frykos". Skąd mi się wziął ten Frykos?, nie wiedziałem. Wróciwszy do domu sięgnąłem do historii retoryki [oj, niejednej, niejednej]. Rzeczywiście, starcza pamięć nie była tak sklerotyczna. To był Frykos, który dzięki temu podstępowi przeszedł do historii retoryki. Ale już wiedziałem, że z panienką będę miał miłe kłopoty i na dalszych zajęciach.
Rzeczywiście – na następnych spór poszedł o słynne trzy jedności. Ale tu już nie byłem bezradny, Wyciągnąłem opasły tom Walkersa, którego jestem jedynym w Łodzi posiadaczem i wyjaśniłem, na czym polegały błędy komentatorów Arystotelesa, którzy ze wskazówki Stagiryty uczynili żelazną zasadę, którą dopiero zburzył dramat romantyczny. Byłem radośnie poruszony. Oto opresywny wykład zamienia się w dysputę, ja zaś zyskuję godną siebie przeciwniczkę w tych sporach. Ale nie jest to jeszcze pointa tego felietoniku. Namówiłem panienkę, żeby sobie pozwoliła zrobić horoskop urodzeniowy. No tak! Zodiakalny Byk, który ma w czwartym domu kwadraturę z Jowiszem nie mógł inaczej postąpić. Musiał[a] bronić swego stanu posiadania, w tym przypadku stanu posiadanej już sporej wiedzy. I wiedziałem, że już tak będzie do końca tych zajęć. Ja –stary Lew- zawsze będę się starał trochę oszukać słuchaczy, żeby moje wywody były gładkie i bardziej interesujące, zaś moja pani Byk zawsze mnie będzie sprowadzała na ziemię i korygowała moje niewinne konfabulacje. Ciekawie się zapowiadają te wykłady. Co też wymyśli na następnym. Ale wierzcie mi – bardzo to mnie wszystko cieszy.
|