2 lata temu byłem na wakacjach na Riwierze Tureckiej w nowo wybudowanym pięciogwiazdkowym hotelu,
ale nie myślcie, że piszę to, żeby się przechwalać. Chodzi o stworzenie tła, które pozwoli oddać charakter przedstawianej sytuacji. Był to środek lipca, więc temperatury sięgały tam ponad 40. stopni Celsjusza. Łatwo jest domyśleć się, że nie sposób było położyć się na plaży i z upragnieniem czekać na pierwsze oznaki poparzenia słonecznego spowodowanego zbyt małą ilością filtrów w kremie przeciwsłonecznym, wciąż zwiększającą się ilością szkodliwych promieni UV docierających do Ziemi przez dziurę ozonową wytworzoną przez szkodliwe gazy wydobywające się z Twojej lodówki i, oczywiście,
ludzką głupotą. Większość turystów próbowała więc znaleźć choć odrobinę cienia, w którym mogłaby ochłonąć.
Niestety, bezskutecznie. Nie było to spowodowane tym, że hotel zapewnił zbyt małą liczbę parasoli.
Po prostu większość z nich zabrali Rosjanie…
Na dwóch „leżakujących” mieszkańców hotelu przypadał jeden parasol, który rzucał zbawienny cień.
To w zupełności wystarczało nawet dwóm wypoczywającym. Jednak nie Rosjanom, którym wydawało się, że każdy z nich zasługuje na co najmniej dwa parasole. Jeden z nich rzucał cień na owłosione plecy leżakującego Ruska,
drugi zaś zapewniał odpowiednio niską temperaturę drinkowi, który leżał na stoliku obok.
Nie był to jednak koniec „atrakcji”. Zdarzało się często, że mieszkańcy czwartego piętra musieli schodzić obładowani materacami, piłkami plażowymi i ręcznikami po schodach w czasie, gdy rosyjscy turyści z pierwszego piętra zjeżdżali na parter windą. Rosjanie wpychali się do kolejek, opróżniali hotelowe bary oraz krzyczeli do późnych godzin nocnych, a gdy chcieli zagrać w bilard i dowiadywali się, że muszą poczekać na swoją kolej wykrzykiwali różne niezrozumiałe hasła. Oczywiście, nikt nie był w stanie zrozumieć tego bełkotu, więc inni turyści po prostu ustępowali im dla świętego spokoju, który przyjeżdżając na wakacje, mieli nadzieję znaleźć.
Nie zrozumcie mnie jednak źle. Nie jestem uprzedzony do narodu rosyjskiego. Jednak nie potrafię zrozumieć,
a tym bardziej zaakceptować niektórych spraw. W Rosji mnóstwo ludzi ma ogromną ilość pieniędzy. Fakt, mają kasę.
Bardzo często, niestety, nie mają czegoś dużo ważniejszego od niej – klasy. Szastają swoimi milionami na lewo i prawo,
aby jak najwięcej ludzi dojrzało ich bogactwo. Jednak przez swoje postępowanie, zamiast szacunku i podziwu,
są nazywani pospolitymi burżujami.
Myślę, że każdy z Nas zna podobne przypadki. Kupowanie przez niektórych drogich telefonów komórkowych,
posiadających funkcje, o których właściciel nie ma zielonego pojęcia i nieodparta chęć korzystania z nich akurat wtedy,
gdy znajduje się w zatłoczonym miejscu i ściąga na siebie zaciekawione spojrzenia. Bardzo fajnie, ale chęć pokazywania go znajomym zniknie tak szybko, jak szybko przyjdzie rachunek, ponieważ telefon najprawdopodobniej jest na arcykosztownym abonamencie, a sam aparat kosztował zapewne nie więcej niż 1 zł. Twój sąsiad zrobił sobie oczko wodne, a woda wypływa
z ust skrzata ozdobionego kryształami Swarovskiego? Nie zazdrość mu, bo prawdopodobnie zaciągnął kredyt,
abyś mógł to zobaczyć, a w najbliższym czasie z Mercedesa ML z 5-litrowym benzynowym silnikiem sprowadzonego jakiś czas temu z USA przesiądzie się do Nissana Micry z Dieslem swojej żony, ponieważ benzyna
ostatnio strasznie podrożała, a bank po pożyczone pieniądze w końcu się upomni...
Zastanawiacie się pewnie, jak Mini może mieć coś wspólnego z tym tematem? Wbrew pozorom,
bardzo wiele. Każdy człowiek, który ma trochę benzyny we krwi obejrzy się za przejeżdżającym nieopodal Mini.
Ale dlaczego? Przecież nie jest ultraluksusową bryką, ani supersamochodem, który pali za sobą lasy
i topi lodowce. Jest czymś innym, choć wcale nie mniej szczególnym i unikatowym. Jest świetnym dowcipem.
Tak jest, zabawnym kawałem jeżdżącym po drogach, który robi wszystkim oglądającym się za nim przechodniom kierowca.
Prędkościomierz umieszczony między kierowcą a pasażerem? Okrągłe reflektory, które wydaj ą się
robić do Ciebie zeza? Perłowobiały kolor dachu i sportowe paski na masce kontrastujące z resztą nadwozia?
A to dopiero początek. Mini daje wprost nieprawdopodobny ubaw z jazdy i to pomimo swoje przedniego napędu.
No dobrze. Kto więc powinien jeździć Mini? Odpowiedź jest nazbyt prosta. Znaleźć ją można choćby
w filmach komediowych. Kojarzycie, czym jeździł Mr. Bean? Tak jest, zielono-czarnym Mini Morrisem.
A Dr. Turk z ostatnich sezonów Scrubs’ów? Dokładnie, Mini Cooperem Cabrio. Samochody te są kupowane
przez ludzi z ogromnym poczuciem humoru, z lekkim dystansem do życia, samych siebie i nie znających definicji
słowa „nuda”.
Niestety, ostatnio mamy do czynienia z niepokojącym zjawiskiem. Do Mini zaczęli wsiadać totalni nudziarze,
czyli ludzie, którzy mają na czole wypisane: ‘Moje życie jest bez sensu. Błagam, zrób mi przysługę i zabij mnie!’.
To dokładnie tak samo, jakby zabierać parasole innym turystom na plaży pięciogwiazdkowego hotelu,
albo przyjechać Bentleyem Continentalem będąc ubrany w dres i zaparkować w miejscu dla niepełnosprawnych.
Pomyślcie sami, przecież to nie przystoi!
W tym roku Mini obchodzi 50. rocznicę istnienia. Przez ten czas samochody brytyjskiej marki zdążyły zamienić
setki tysięcy kierowców w 9-letnie dzieci i osiągnęły rangę naczelnego kawalarza motoryzacji. Na koniec pomysł,
który mogliby wykorzystać ludzie z Mini. Proponuję zamieścić wewnątrz cyfrowy wyświetlacz i wprowadzić do użytku
pewien ciekawy system. Po zamknięciu drzwi samochód prosiłby Cię o opowiedzeniu dowcipu. Nie znasz żadnego?
Na wyświetlaczu natychmiast pojawia się komunikat o niemożności odpalenia silnika z dopiskiem:
‘Przykro mi. Nie mogę Ci pomóc. Jestem Mini!’.
|