Ocknąłem się północy. Zamiast kolejnego mordobicia na „Extreme” czterech zuchów ścigało się w jakimś błocie. Drzwi mojego pokoju pobrzękiwały w futrynie…
- Cezar! O której się wraca do domu?- wziąłem kota na ręce i zaniosłem do kuchni. Natychmiast przywarł do miseczki z mlekiem.
Blask od telewizora przez otwarte drzwi mojego pokoju trochę oświetlał korytarz. Nagle nastąpiłem na coś miękkiego, i Cezar rozdarł się na cały dom. Natychmiast poderwałem nogę, żeby przeskoczyć krzyk, ale panika i ból zwierzątka zamiotła nim pod tę samą stopę rzucaną w przód. Nie wiem jakim cudem udało mi się jeszcze wydłużyć skok… Zamiast rozjechać się w niezgrabnym „pół-szpagacie”, walnąłem z całej siły palcami w tak zwaną „ślepą” ścianę korytarza.
- Niech cię tylko dorwę! Przez ciebie mam złamane palce! – już nie próbowałem udać się do toalety, tylko jęcząc pokuśtykałem z powrotem do łóżka. Tej nocy niemal nie spałem. Rozcierałem palce, ale ból i wściekłość pobudzały tylko moje rozczarowane własną niezręcznością ego.
O świcie okazało się, że paznokcie dwóch palców jak i same te palce posiniały prawie do fioletu, ale to było raczej stłuczenie niż złamanie… Jednak mogłem nimi poruszać… Żona, doświadczony lekarz, po oględzinach zalecała zdanie się na ozdrowieńczy upływ czasu… Ja, gdybym widział taką traumę u niej, i gdybym był lekarzem, wysłałbym ją na pewno na RTG!
- Za co wam dają dyplomy! – burczałem za oddalającą się sylwetką. Wolałem, żeby się bardziej domyśliła treści moich pretensji, niż usłyszała expressis verbis. Nigdy nie wiadomo, jak może je wykorzystać? Dajmy na to, że kiedyś, gdzieś, na przykład zasłabnę, czy coś w tym rodzaju, w stanie prawdziwego zagrożenia życia, a ona nie podejmie sama natychmiast fachowej akcji, z lęku że nie ma mojego zaufania?
Rozważając rozmaite odwetowe hipotezy teoretyczne względem kota i żony, powlokłem się do garażu, ostentacyjnie powłócząc urażoną nogą. Usatysfakcjonowany efektem artystycznym napełniłem psimi chrupkami miski mojego wilka i rottweilerki. Zamierzałem wyjść na wybieg dla psów przez podniesione żaluzje garażu. Inaczej znosi się cierpienie w obliczu widowni, inaczej – samemu… Oburącz objąwszy obie miski, już się radowałem słysząc rozśpiewany jazgot moich podopiecznych. Niestety nie schyliłem wystarczająco głowy, żeby bezkolizyjnie opuścić bramę garażu. Wyrżnąłem czołem w metalowe listwy nie do końca podniesionej żaluzji.
- Czy to się nigdy nie skończy! – wyłem na osłupiałe czworonogi.
Podobno zemsta jest rozkoszą bogów. Trauma, której bez żadnej wątpliwości doznałem, miała wyraziście zdefiniowanego sprawcę. Nie czuję się takim idiotą, żeby brać odwet na samym sobie? Prześladuje mnie pech? Spisek metafizyczny? Wystarczy – choćby po podstawówce – umiejętność pisania, żeby zręcznie zasygnalizować coś w rodzaju martyrologii… Ta sama trauma, ale jakże odmienna wymowa?... I samopoczucie!
|