Znowu. Znowu. Co najgorsze nie po raz ostatni? A po raz setny z mojej strony– ja taka nie będę! Oklepane, ale jakoś muszę wyładować swoją złość.
Ja - lat szesnaście, dla dodania dramatyzmu zaokrąglam do, siedemnastu, co daje mi prawie jak osiemnaście. Powszechnie wiadomo, że "prawie jak robi wielką różnicę", ale w tym momencie to nieistotne. Istotne natomiast jest, że bliżej mi do osiemnastu niż pięciu. Pełnoletniość to znaczy dowód osobisty i przy okazji także dojrzałość. Za czym idzie poważnie traktować i być poważnie traktowanym. Oczywiście na równi z "dorosłymi" i dorosłymi. Bo skoro jest się dorosłym to powinno mieć się sprecyzowane wymagania i oczekiwania w stosunku do innych mieszkańców globu. Do pewnego momentu ludzie nie mają z tym większego problemu albo nie mają żadnych trudności z określeniem swoich wymagań tak, aby były odpowiednio proporcjonalne do zakresu praw odpowiedniego przedstawiciela młodszego pokolenia. Od czterolatka oczekuje się, żeby nie pożarł klocków lego starszego brata lub buta lalki Barbie starszej siostry. Od dziewięciolatka żeby zjadł całą zupę jarzynową ze wszystkimi warzywami zawierającymi milion witaminek, które naprawdę i tak straciły swoją odżywczą wartość podczas gotowania. Od czternastolatka żeby nie połykał tabletek na imprezach, bo … bo…w efekcie w każdym przypadku ma to skutki śmiertelne – nie, przesada. Po prostu nie, bo nie i już. Użyte "nie, bo nie" to bardzo popularny argument. Równie popularnymi odpowiedziami na pytanie, "dlaczego?" są: "dlatego", "bo tak", "nie kłóć się" i "ja wiem lepiej". Ale to już odrębne zagadnienie.
Wróć. A od szesnastolatka? Houston, mamy problem. Konkretnie oni czytaj "dorośli" mają problem. Na czym on polega? Właśnie w tym momencie kończy się ich zdolność do jednoznacznego i konsekwentnego określania swoich wymagań. Idea złotego środka traci na swojej uniwersalności to znaczy po prostu znika. Przykład pomocniczy numer jeden, który ma za zadanie idealnie pokazać wyżej opisaną sytuację. Mieszkasz poza domem, chodzisz do najlepszego liceum w stolicy a konkretnie stolicy województwa i całe pięć dni z siedmiu spędzasz w bursie. I tak przez cały rok szkolny. Samodzielna, rozsądna, przedsiębiorcza, odpowiedzialna, "taka dojrzała".
"Mamo mogę jechać w wakacje ze znajomymi na domki nad morze?". Trzask. Błysk. Bum. Ojej, zniknęło! Teraz: za młoda, nierozważna, nie godna zaufania, nie, nie, nie…. Ilustracja druga. Chwalą takiego szesnastolatka za to, że ma swoje zdanie, wie, czego chce i nie ma szans zginąć wśród szarej masy. Sobotnie śniadanko. Dziecko wie, czego chce i wie, że nie chce studiować prawa, ani być psychologiem. Nie chce robić niczego wbrew sobie ani spełniać rodzicielskich ambicji. "Nie wiesz jeszcze jak to jest w życiu. Ile ty masz lat?" .
Ostatnia scenka z życia potwierdzająca tę przypadłość wśród grupy osobników zwanej rodzicami. Przesławna sentencja "Może zaczniesz na siebie zarabiać", z bonusem "W końcu nie masz już pięciu lat", świetnie kontrastuje z równie często używaną frazą, "O której godzinie to się wraca do domu?".
Niewytłumaczalna ambiwalencja totalna. Wyżej wymienione sytuacje nie miały miejsca na przestrzeni choćby miesiąca, tylko jednego dnia. Popadanie ze skrajności w skrajność. Z jednej strony wymagania godne pełnoletniego a z drugiej zakazy odpowiadające rangą młodszej młodzieży, która zawiera się w przedziale wiekowy do lat dwunastu. Po raz sto pierwszy - ja taka nie będę, po raz sto drugi: nie chcę być, po raz sto trzeci – postaram się nie być. Obalone! Marne szanse a praktycznie ich brak, bo i tak będę.
|