Zaczęło się. Objazdowy cyrk na kółkach, znany też jako Formuła1 rozpoczął swoje tournee po światowych torach. Dwudziestu gladiatorów pocznie robić wszystko, aby zdobyć upragniony tytuł Mistrza Świata. A publiczność żąda krwi, potu i łez. I na tym dosyć podniosłości i tekstów rodem z brytyjskiego filmu dokumentalnego.
Po niespełna 5 miesiącach nasłuchiwania ze szklanką przy drzwiach co w F1 piszczy, doniesień o czasach i czasówkach z zimowych tekstów, cyfr nie mówiących nic jednoznacznie, piątkowy poranek polskiego czasu miał dać choćby szczątkową odpowiedź na pytanie kto w tym wszystkim jest najszybszy. Okazało się, że tuż przed sezonem jakaś nieznana siła (stawiam, że ta docisku) poprzewracała stawkę do góry nogami, wykopując srebrne i czerwone strzały w tereny okupowane przez Force India, robiąc miejsce dla rozpychających się łokciami i dyfuzorami Williamsa, Toyoty i Brawn GP. Natomiast w sobotnich kwalifikacjach, zespół stworzony na gruzach Hondy i biało-żółty bolid (nad którym paradoksalnie prace rozpoczęły się jeszcze, gdy zabawę w F1 sponsorowała Honda) niespodziewanie znaleźli się na szczycie! Wisienką na wielkim torcie zaskoczenia, jaki upiekła nam F1 było dopiero piętnaste miejsce aktualnego mistrza świata, Lewisa Hamiltona. Smaczku przed niedzielnym porankiem dodawał też fakt, że ledwie 7 kierowców miało w swoich bolidach KERS, mogący dodać nawet 80 KM przez kilka sekund na okrążeniu, kontrowersyjne dyfuzory w zespołach brylujących na najwyższych pozycjach w treningach i przesunięcia związane z przekroczeniem regulaminu, a czwarte miejsce Kubicy na starcie dawało nadzieje na podium już w pierwszym wyścigu sezonu.
Rok temu Polaka z toru wypchnął Kazuki Nakajima, obracając szansę Kubicy na podium w kawałki tylnego skrzydła BMW latające po australijskim asfalcie. Dziś w rolę japońskiego samuraja wcielił się Sebastian Vettel. I choć o tym, czy i kto jest winny wypadkowi na trzy okrążenia przed końcem można długo dyskutować, to niezmiennym pozostaje fakt, że był to tak zwany „incydent wyścigowy”, a podium dla obu kierowców odjechało z piskiem opon. W sferze domysłów natomiast pozostanie odpowiedź na pytanie, czy gdyby Kubica wyprzedził Niemca, mógłby dojechać do Buttona i w samej końcówce wyścigu znaleźć się przed nim, po raz drugi w karierze wysłuchując „Mazurka Dąbrowskiego”.
Było to już trzecie Grand Prix Australii z udziałem Polaka. Jak do tej pory jeszcze żadnego nie ukończył z dobrym rezultatem. Także Felipe Massa – niemal mistrz zeszłego sezonu po raz trzeci nie zaliczy wyścigu do udanych. Jednak zarówno rok, jak i dwa lata temu słaby początek sezonu nie przeszkodził mu w walce o tytuł, do którego w 2008 zabrakło mu ledwie punktu. Analogii z przeszłości można by się doszukiwać więcej. Piszę o tym jednak dlatego, aby pokazać, że pierwsze dwa, trzy wyścigi są jedynie przetarciem przez właściwym sezonem, zaczynającym się w Europie. Lata obserwowania tego sportu nauczyły mnie nie tylko, że pół sekundy to nie mrugniecie okiem, a przepaść, ale także, że w F1 nie ma zupełnie nic pewnego, a nawet największa przewaga może być w ciągu kilku minut zniwelowana do zera. Kończąc wątek porównywania Kubicy z Brazylijczykiem, mam nadzieję, że mimo nie najlepszego początku obaj stoczą już niedługo stoczą ze sobą pojedynek, niczym na Magny-Cours 2007, czy na Fuji w tym samym roku, tym razem jednak stawką nie będzie dodatkowy punkt, ale ogólne zwycięstwo w generalnej klasyfikacji. Pozostaje nam jeszcze czekać na werdykt sądu apelacyjnego FIA w sprawie legalności słynnych już dyfuzorów. Jeśli wyniki zespołów posiadających „podwójne” dyfuzory zostaną anulowane, to zwycięzcą pierwszego wyścigu zostanie nie kto inny, ale Lewis Hamilton. Póki co jednak, za tydzień Malezja, a Grand Prix Australii można by podsumować słowami, że
kręci się, kręci się koło za kołem i Brawn wygrywa, a Robert za torem.
|