Fajnie się żyje?
Komu? Na razie pominę siebie.
Ale, na przykład, mój młodszy kolega?
Zawsze wydawał się mi, i znajomym, skazany na sukces. Najlepsze szkoły, uczelnie. Zintegrowana i zarazem bardzo wpływowa rodzina. Kochający rodzice, zażyłe relacje z rodzeństwem. Z drugiej strony, zdrowy i silny mężczyzna, sprawny amator popularnych sportów, utalentowany nie tylko w biznesie, ale i wszechstronnie, bo i muzykalny, manualny „sobieradek” w prostych wyzwaniach elektryczno-mechanicznych, wcześnie „osadzony” w języku angielskim, bywalec specjalistycznych salonów menadżerskich w Europie i USA, czarujący w towarzystwie i lojalny w przyjaźni. Zdolny do żarliwej miłości wrażliwiec na uroki płci pięknej. Świetny kandydat na męża,ojca, odpowiedzialnego partnera w poważnym biznesie i w koleżeństwie.
Właśnie towarzyszę mu w przejażdżce po Warszawie. Niegdyś z powodzeniem startował w rajdach samochodowych. Wpatrzony w kierunku jazdy, ściska kierownicę w potężnych dłoniach. Przechodzień na pasach w ostatniej chwili wyczuł, że nie ma miłosierdzia na tym świecie i w popłochu przyśpieszył wskakując na chodnik
-Jak ja ich k... nienawidzę! Połowa z nich, to świry, a ci w autach to druga połowa!
-Mam nadzieję, że kontrolujesz, bo będzie mandat?
-A, k... ich mać darmozjady! Nie chce im się polować na prawdziwych bandytów...
-Trochę zwolnij, bo ja nieprzyzwyczajony!
-Już się robi, w porzo...?... Na czym to skończyliśmy? Teraz uczę nowej kompozycji, a właściwie tylko słów, bo melodia jest z tej no, znasz, wszyscy znają ”Ukochany Kraj, umiłowany kraj, ukochane i miasta i wioski”.
-Ukochany kraj, umiłowany kraj, ukochane i miasta i wioski!?
-Tylko nie to! Tylko nie tak... Daj się skupić! Słuchasz?... Aha! Uwaga: Popieprzony kraj, popier... kraj, pojeb... i miasta i wioski, popierzony kraj...!...
-A dalej?
-Nie potrzeba! To refren, należy powtarzać! Tekst jest prosty, a melodia na „Ukochany kraj, umiłowany kraj”.
Wygląda na to, że mój główny kandydat do”fajnego życia” oświadczył mi, powiedzmy implicite, że właśnie jemu się fajnie nie żyje.
Kto następny?
Któraś z moich żon? Gdybym tę formułę życia zaproponował mojej pierwszej żonie, uznała by to za obrazę? Nie dość, że rzuca słuchawkę na sam dźwięk partykuły mojego czołobitnego pytania o zdrowie... Nasze dzieci wystąpiłyby ze stanowczym apelem, żebym nie dręczył dodatkowo już i tak na wieczność udręczonej przeze mnie męczennicy!
Z drugą żoną, analogicznie. Życie z mężczyzną zmiennym w nastrojach, niestałym w uczuciach, bywa też, że nie zawsze trzeźwym, bywa też gwałtownym, takim domorosłym „macho”, z gębą często pełną obietnic i przysiąg całkowitej poprawy, chyba nie należy do przyjemności?
Zatem, „fajnie się żyje” i w tym przypadku odpada!
Teoretycznie istnieje tylko jeden naprawdę dobrze mi znany osobnik, który ma prawo zadać sobie to pytanie? Jest w pełni kompetentny, jeżeli chodzi o weryfikację odpowiedzi, na gruncie wartości logicznej prawdy lub fałszu. Ja!
Jak się wyrazić, żeby "nie skłamać, a prawdy nie powiedzieć"?
|