„Dzień dobry, pani Zosiu”! Powyższy frazes zdaje się słyszeć po raz wtóry. Odwracając się dostrzegam, że odkąd wszedłem, powiększył się rozmiar kolejki. Jeśli nazbyt pełny autobus nazywasz konserwą, mógłbyś pomyśleć podobnie, będąc na moim miejscu i patrząc na ten ambaras. Godziny szczytu. Pole powierzchni, licząc od wejścia do lady, jest niewielkie. Nic więc dziwnego, że w towarzystwie kilku osób, czujesz ścisk i zaduch niczym na koncercie Red Hot Chilli Peppers w Chorzowie. Ależ niegrzecznym byłoby wymagać więcej od miejscowego spożywczaka.
Ekspedientka jest urokliwą, będącą w średnim wieku kobietą, choć zapracowaną i zakłopotaną na tle codziennej rutyny, o czym świadczy choćby jej znudzony i nieco wymuszony uśmiech. Twarze zebranych z kolei, sugerują niecierpliwe poddenerwowanie, pragnąc rychłego załatwienia swych potrzeb. Nie wspominając już o znienawidzonym i wrogim, wzajemnym spojrzeniu spode łba.
Nie wychylam się. Podzielam panujący nastrój, ale nie do końca. Pozostaję niepozornym, a buzującą we mnie złość, staram się stłumić w zarodku. Moje nerwy wygrały z moim własnym ja, ponieważ frustracja zdobyła już we mnie złoty medal, natomiast moja pozycja w sklepowej kolejce, od dwudziestu minut premiowana jest zaledwie brązem. Warto zaznaczyć, że wchodząc do sklepu, także byłem trzeci.
Litości! Jako że na zewnątrz duchota i skwar, chciałem kupić niepostrzeżenie tylko jedną butelkę wody mineralnej. Jedną, tylko jedną! Wchodząc tutaj mogłem przewidzieć ten rozgardiasz. Dlaczegóż więc wszedłem, widząc dwie osoby i znając miejscowe realia? Pozostałe sklepy z dzielnicy „nie są po drodze”, a zresztą i tak nie jestem tam mile widziany. Poza tym chciałem zobaczyć osobliwy uśmiech pani Zosi, w moim ulubionym sklepie spożywczym.
Przede mną stoi mój sąsiad, ale jego „życiowa” rozmowa z nie lepszym znajomym, zawierająca żenujące, seksistowskie żarty dorosłych i ubolewanie nad ludzkim istnieniem, tak go pochłonęła, że lada moment mogę zająć jego miejsce przy ladzie. Oczywiście na moje „dzień dobry” odpowiedział, jak pantomim na aplauz, a później całą winą obarcza się młodzież, że jest taka niemiła i niewychowana.
Pozostałe osoby, chcące skorzystać z usług sklepiku, zachowują się nad wyraz rozsądnie. Chwała im za milczenie, które na przemian kierują w stronę podłogi i sufitu. Mijają sekundy, a moją - jakże przepoconą z nerwów i oczekiwania – złotówkę, mógłbym zamienić na buteleczkę mineralki, wykorzystując gapiostwo sąsiada.
Wszystko udałoby się bez skrupułów, gdyby nie ona... . Gdy trakcja jest uszkodzona, pociąg dalej nie ruszy. W takim razie chyba, psując je, pożyczyła sobie nawet kilka szyn na wszelki wypadek. Zaczyna mnie boleć głowa i gniew próbuje eksplodować, gdy chcąc nie chcąc, słyszę jej głos, kierowany do ekspedientki. Wieści o niskich zarobkach gościa spod dziewiątki, czy o wybrykach niesfornej nastolatki, tworzą irytujące tło dla jej przechadzek po regałach, które są miejscem własnoręcznego losowania świeżych marchewek i pomidorów. Trudno w to uwierzyć, ale bezlitosny lider kolejki nagle rozwija skrzydła, zwierzając się ze swoich prywatnych spraw. Wstałem dziś prawą nogą i jestem uodporniony na wszystko, ale kogo może interesować jej dzisiejszy jadłospis, ilość gości na weselu jej siostry, czy prezent na czwarte urodziny jej dziecka. Biedna pani Zosia... .
Na szczęście, gdy już wisiało w powietrzu dobitne wyznanie, na którym pośladku jej mąż ma pieprzyk, nadszedł kres mojej katorgi. Żeby nie powiedzieć natrętna baba, przerywając swój monolog, przypomniała sobie, że misja została zakończona powodzeniem (niestety wielkość listy zakupów nie była adekwatna do czasu, spędzonego przed kasą fiskalną).
W chwili kiedy wyszła, niektórzy z obecnych wciągnęli mały haust powietrza, inni natomiast zaśmiali się niegłośno. Następnie mój sąsiad, nie zdążył nawet poprosić o papierosy i piwko, a już zagościły w jego ręku. Podchodzę wnet do lady, czekając na tą chwilę jak kręgle na kule. Uśmiechając się do pani ekspedientki proszę o wodę. Obstawiając reszkę, rzucam na ladę monetę, która rozbrzmiewa po sklepie, jak łódzka filharmonia po frakach. Na horyzoncie pojawiła się moja najukochańsza butelka, zatem wkładam ją do kieszeni, pozostając przy sztucznym uśmiechu, ażeby zamarkować swoje agresywne zmysły. Zarzekam się, że moja stopa tutaj nigdy nie postanie, chociaż dobrze wiem, że jeszcze dziś moje postanowienie może prysnąć. O, nie dość, że wychodzę zażenowany, to jeszcze widzę w oddali, jak pani „Zakupy w 5 minut przez 1200 sekund” pozbawia świętego spokoju swoją przyjaciółkę od nawy... .
Jakieś alternatywne pomysły na ucieczkę od aury ironii, ciążącej nad spożywczym? Być może jakiś prestiżowy hipermarket, gdzie w miarę dostatnie produkty są w przyzwoitych cenach? Wszakże stoisz ostatni w kolejce, w której koszyk przeważnie wygląda jak samochód w reklamie Ikei, którego łatwiej obejść niż przeskoczyć, ale czy to wadliwy argument? Przynajmniej będziesz mógł przemyśleć kilka nurtujących spraw, podjąć rozsądne decyzje, bądź zastanowić się nad własnym życiem, zanim dojdziesz do momentu zapłaty za towar. Ale czy jest sens jechać przez pół miasta do hipermarketu, po butelkę źródlanej? Mało to Biedronek, bądź innych Żabek? A idźmy wszyscy do dyskontu... !
PS. Święta nie są brane pod uwagę, ponieważ każdy wie, że podczas świątecznej gorączki, wszystko staje się paradoksalnie niewiarygodne.
|