Nie trzeba zapalać światła, żeby zerknąć na zegar. Wewnętrzny budzik podpowie. Może być godzina, półtorej przed świtem. Od kilku lat na emeryturze, organizm po pięcio-, sześciogodzinnym śnie – najczęściej - wypoczęty. Powinien dać znać o sobie, wewnętrznym nakazem..
- Do pacierza, siusiu, spać! – żartował zadowolony z siebie. Od małego nawykły do treningu ciała, wciąż popisywał się przed ludźmi swoją sprawnością fizyczną. „Do pacierza, siusiu, spać!” stało się nie tyle wyrazem minoderii, co przekornym zawołaniem wojownika, gotowego do akcji.
Jednak, tym razem nie odczuł żadnej ostrogi. Ciało odmawia posłuszeństwa? Za co? Z jakiego powodu?
- Po prostu, nie staje ci! Po pierwsze, męstwa, żeby dać odpór młodszemu i agresywnemu pretendentowi! – rzucił półgłosem.
- Nie staje ci! Nie staje ci! – zaskrzeczał Narcyz, jakby był papugą, a nie – kanarkiem.
- Budzisz mnie! – oburzyła się żona – Jeszcze nie zdążyłam wypocząć po tych twoich nocnych monologach... Jak możesz!?
MW pokłusował do toalety.
- Dla niej, oczywiście nic się nie stało! Konferencja prasowa przechyliła czarę goryczy... Andy mijał się z prawdą! Trauma MW – to tylko oczywisty skutek brutalnego i nieczystego ataku AR. Publiczność nie widziała krwi, ani ran MW, o których na konferencji prasowej łgał AR. Nota bene, nawet przez swoich przezywany PI-AR-em. Taki to kąsa, krew pije, a znaku nie zostawi!
- Gębę masz, jak nie przymierzając Muhamed Ali! – mściwie wyobraził sobie Andy’ego jako machającego łapami, rozwrzeszczanego butnie czarnucha. I zaraz poczuł wstyd.
- Przecież to czysty rasizm! – surowo się skarcił. Poza tym, mama mówiła zawsze „Nie czyń drugiemu, co tobie nie miło!”. Niezwyciężonego wyjca – pokonała choroba... Parkinson!... Niezwyciężona Choroba – to prawdziwy Champion, aż do naturalnego końca! Lepsza – jak powiada przysłowie – żywa świnia, jak martwy bohater!
MW nigdy wcześniej nie zetknął się face to face z AR, ale przebieg pierwszej i zarazem ostatniej rundy swojej walki z Andym o Mistrzowski Pas Klawiatury „Felieton. 2008”, MW wspomina zupełnie inaczej. Grad ataków AR, pozornie chaotycznych, pozornie trafiających w języku PRL-u - jakże bliskim edukacyjnej fazie MW – „po wsiech”... Stronniczy – za triumfem młodości – komentatorzy twierdzili, że nieruchawy, nadmiernie obciążony sommą klei się do groźnego rywala, żeby uniknąć nokautującego zamachu.
- „ - MW uwielbia łacińskie – wręcz naukowe – brzmienia obcych źródeł... Po co „somma”, gdy wystarczy „ciało”?” - AR będzie mógł szydzić na następnej konferencji prasowej! – MW, odświeżony po toalecie, próbował na nowo zainteresować sobą żonę, ziewającą nad zlewozmywakiem.
- Jeżeli buzia ci się nie zamyka na temat AR, to – odpuść!
- Czy sugerujesz, że się salwowałem ucieczką? – MW zagryzł zęby, ale wnet poluzował, bo jego dentysta ostrzegał go przed ekstremalnym obciążeniem wysłużonych szczęk. Odbicie w szybkach kuchennej szafki jednak podpowiedziało mu, że super męski obrys żuchwy, wystudiowany przez dziesiątki lat, wciąż da się dostrzec. Oczywiście, przez nie uprzedzonego doń osobiście krytyka!
- Nie wiem! Ledwo się skończyła runda, już błagałeś o ciasteczka! – próbowała ewakuować się z kuchni, ale zwalista sylweta męża blokowała odwrót.
- Bo mój organizm błagał o cukier! - wołał jeszcze w stronę jej pleców, zaraz potem jak udało jej się wymknąć – Tak, jak w tej chwili!
- To sobie weź!... Cukier wysoki, zły cholesterol! – rzuciła przez ramię – Jako lekarz stwierdzam...
- Teraz potrzebuję żony! Chce ciasteczka w tej chwili! Jutro rozpocznie się dieta. Dziś, niech będzie szczęśliwsze od dnia!
|