Obudził się z bólem głowy.
Jeszcze przed północą czuł się, jak młody bóg. Niemal połowa felietonu po uściśleniu i poprawkach zapowiadała świetne rozwinięcie.
Pełny tekst, zapisany „na brudno” w dokumentach komputera, pod dwuznacznym tytułem z zabawnymi tropami, „podszczypywał” uwikłanie telewizji publicznej: w bylejakość standardów, propozycji programowych oraz w tzw.osobowości.
Serwowane publicznie twarze, kolokwialnie nominowane „celebrytami”, zaproszone na publiczne śniadanie, dzielą się swoją rozpoznawalnością, wypromowaną w komercyjnych mediach i tabloidach, w ostentacji i opozycji subkultury blokowisk, żulii, półświatka, etc. wobec wartości.
Frytka, jako autorytet poprawności w kwestii sexu w ekwiwalencie za darmowy posiłek na elitarnym poziomie w programie TVP2 „Pytanie na śniadanie”, wydała się dobitnym przykładem na patologie telewizji, podnoszącej konieczność realizacji pewnej Społecznej Misji.
Przy tym ani śladu wymogów Misji, o której kształt i przebieg rzekomo wciąż telewizja publiczna zabiega, szczególnie gdy pojawiają się tu i ówdzie wątki likwidacji abonamentu.
Zbliżała się północ. Jeszcze godzina, dwie, i przepisze całość, i po kliknięciu „Zatwierdź” wyśle na stronę: www.felieton.pl.
Może okaże się sukcesem?
Czytelnictwo? Oglądalność? Popularność? W lepszym stylu, niż Frytka! Może kasa?
Odrzucona przez wszystkie wydawnictwa powieść, setki wierszy i skomponowanych pieśni, trzy autorskie płyty, w profesjonalnych aranżacjach utalentowanych muzyków, kompletny brak pieniędzy, zero sławy i wiek emerytalny, to pełna prawda o dorobku twórcy.
W małym lustrze toalety odbicie własnej i zarazem obcej twarzy.
Na poczet przyszłych beneficjów namacał batonik czekoladowy, spod krawędzi klawiatury komputera. Jakby wyprysnął z dłoni i strzelił w jakiś klawisz. Pechowiec zamarł.
Przepisana z poprawkami część felietonu znikła z ekranu.
Co gorsza, figurowała na wspomnianej stronie internetowej bezprawnie reprezentując całość, pod tytułem, który bez reszty tekstu stawał się obietnicą bez pokrycia...
- K... twoja mać eksploatujesz tytuł do chwały! – zawył autor. Cała fauna domu wraz z żoną, której sen został gwałtownie przerwany, znalazła się przy stanowisku z komputerem.
- Nie masz szczęścia! – skomentowała kobieta – I ja już do rana nie zasnę... Tylko te twoje rasy obronne, o których ochronę tak dbasz...
Tymczasem on uciekł w sen. Ale ból głowy przywrócił mu nocny dramat.
- Tak naprawdę człowiek jest zawsze sam! – wyjrzał na opustoszały taras, ogród i basen.
Dzień przed Świętem Zmarłych prezentował się jak przystało na okoliczności raczej chłodno i oschle.
Twórca po stracie włączył dyktafon w telefonie komórkowym i zanucił nową kompozycję.
Potem powlókł się do komputera i zaczął spisywać tekst z dyktafonu.
Poczuł, że wraca do życia. Mściwie zahaczał wszystko co się ruszało, oraz nieruchomości i resztę czynników otoczenia. A wszystko pod auspicjami nostalgii!
- Fajna melodia i słowa! – pochwalił się.
Kliknął stronę z felietonami. Jego „kawałek” pod tytułem, na który wcześniej tak liczył, został skomentowany bardzo pochlebnie. Trzy osoby – jedna jako dwie: zaprzyjaźniony krytyk domagający się uzupełnienia tekstu i jeden pod angielsko wyglądającym imieniem – oceniły „kawałek” najwyżej, co dało średnią 5 i lokowało potworka wśród najlepszych.
Te miłosierne zabiegi, głównie kolegi – wybitnego krytyka, dały taką ostrogę autorowi, że mimo gnuśnej natury, przepisał „z brudnopisu” cały felieton, zalogował się bezbłędnie - ku swojemu zdumieniu – i przeniósł na stosowną stronę internetową.
Jak gracz w nałogu wielokrotnie odrywał się od narzuconych przez żonę obowiązków w ich gospodarstwie, wracał do komputera by pogapić się na swoje miejsce na liście najwyższych ocen.
Ludzie zajęci odwiedzinami cmentarzy rzadko wyświetlali felietony.
Pod wieczór, zaraz po zabraniu jajek i zamknięciu kurnika, przed szalejącym w sąsiedztwie lisem-zabójcą, neofita felietonu postanowił nasycić oczy prestiżowym widokiem.
Chwilę indoktrynował żonę predykcją sławy, pieniędzy i znaczenia, na bazie lekkiej, łatwej i niewymagającej żadnego wysiłku formy literackiego i publicystycznego oddziaływania, zanim faktycznie zasiadł do komputera.
Nie wierzył własnym oczom, jak w miejscu wcześniejszej chwały nie znalazł swojego felietonu.
Kliknął na „Komentarze”, gdzie okazało się, że liczba osób oceniających wzrosła do czterech.
„Czwarty” – „Człowiek, który był Czwartkiem” – przydeptał świetną średnią z 5 na 3,6.
W głębokim szoku, nie myśląc, poszkodowany kliknął „Oceń”. Niestety, komputer pokazywał pierwszą, najniższą pozycję oceny.
„Pała” obniżyła średnią satysfakcji do 3.
Wyglądało to tak, jakby znów został cofnięty do znienawidzonej szkoły.
- Chyba nie dostaniesz się na medycynę! – prorokował wuj, niekwestionowany autorytet w rodzinie.
- Jak zwykle strzeliłeś sobie w piętę! – głos żony usłyszał, jak memento zaświatów.
|