Codziennie rano koło godziny piątej wyglądając przez okno mogę jedynie zobaczyć jego rękę. Trzymając w garści okruchy suchego chleba jednym ruchem ręki zasypuje nimi cały swój parapet. Ten widok – od lat taki sam zrzesza pokolenia gołębi, które trzepocząc silnie skrzydłami gubią swoje pióra. Znudziło mi się obserwowanie tej tajemniczej ręki całymi dniami przesiadując w swym pokoju z widokiem na stary przedwojenny dom.
Dziś już wiem, że aby zobaczyć człowieka z sąsiedztwa muszę wyjrzeć przez okno o godzinie piątej rano i zobaczyć jego rękę. W południe, aby ujrzeć człowieka wyjeżdżającego dwoma kołami wózka inwalidzkiego na balkon i oglądającego przez godzinę telewizor znajdujący się w środku domu, oraz koło godziny dziewiętnastej, aby w wielkim skupieniu dostrzec jego rozmyte kontury w szybach szklarni dziwnie połączonej z domem. Kim on jest? Wiele razy próbowałem nawiązać z nim jakiś kontakt w czasie, gdy oglądał telewizję ze swojego balkonu: Halo!!!, Sąsiedzie,.. Halo proszę pana…dzień dobry!... – bez skutku, jakby nie słyszał, a może właśnie oprócz kalectwa związanego z nogami, był również głuchoniemym. Ciężko to sobie wyobrazić, ale wszystko na to wskazywało.
Wiecznie taki sam… blada pokryta siwymi włosami ręka, na której widnieje wyblakły od starości tatuaż – to kotwica. Wiecznie taki sam… biało-niebieska koszulka latem i czarny sweterek zimą. Ciemne wciąż te same dżinsy – od lat. Gdy tak siedzi odsłaniając tylko tylnią część ciała i przełącza kanały, starym poklejonym czarną izolacją pilotem, można dostrzec na jego opalonym od słońca karku wytatuowany napis, „mare”. Nie trudno się domyśleć, że człowiek ten był kiedyś marynarzem.
Czasem pod jego dom podjeżdża jakiś samochód, wychodzący z niego ludzie nigdy nie wyglądali tak samo jak poprzednio, za każdym razem był to kto inny. Nikt nigdy nie ośmielił się zapytać, kim jest tajemniczy dziadek mieszkający tu od lat. Pewnego pięknego wieczoru, wpatrując się w żar dogasającego ogniska, usłyszałem głos trzaskających pod ciężarem czyichś stóp gałęzi. Unosząc wzrok w kierunku szelestu, ujrzałem przygarbioną, lecz mimo wszystko wysoką postać dziadka, który paląc fajkę stanął jakby na baczność. Na jego twarzy widoczna była blizna, która jakby wsysała starą pomarszczoną skórę z okolic policzka. Spod marynarskiej czapki spoglądały wciąż młode jak u dwudziestoletniego młodzieńca oczy. Stałem w bezruchu naprzeciw niego, a on wyjmując czarną fajkę z ust, drżącym głosem, ale jakże łagodnym powiedział: „żegnaj przyjacielu”. Odwracając się gwałtownie odszedł w kierunku krzaków a ognisko dając z siebie ostatnią już iskrę oświetliło na chwilę kark marynarza z wytatuowanym napisem „mare”. Chciałem pobiec za nim, kiedy jednak odchyliłem krzaki, za którymi tak szybko zniknął, nie widziałem nic prócz głuchej ciemności.
W jednej chwili rażące światło dnia zaglądając do mojego pokoju w którym spałem, zbudziło mnie zdałem sobie sprawę z tego, że to był tylko sen. Zerkając na zegarek podszedłem do okna chcąc zobaczyć jak co dzień obraz z każdego ranka. Ale wpatrując się w okno mojego sąsiada nie widziałem już nic… ani ręki, ani okruchów suchego chleba, ani gruchających gołębi...