Porzekadło mówi, że „mają swoje losy książki”. Los zdarzył, że na półce, której przeoczyć nie sposób, bowiem umieszczona jest obok komputera, na którym tekst poniższy mozolnie wystukuję, znalazły się obok siebie dwie książki: „Historia dzieciństwa” Ph. Ariesa i „Pieśń zimowa. Esej o starości” (R. Przybylski).
Ariesa -jak sobie teraz przypominam - czytałem dla kulturoznawczych potrzeb dydaktycznych. Chciałem wyjaśnić, jak niezwykłym (może nawet i niebezpiecznym) zjawiskiem jest charakterystyczna dla naszych czasów puerylizacja kultury. Już tłumaczę owo określenie, wywodzące się od łacińskiego „puer”. To chłopiec: to kultura zabawy, niepowagi, założonej błazenady, jednym słowem kultura „sklepu z zabawkami”. Aries wszakże wykazuje, że długich trzeba było czasów, żeby dzieciństwo się wyemancypowało, żeby się stało kulturową wartością. Bo przecież przez całe wieki dziecko było tylko „małym dorosłym człowiekiem” i swoją wartość zyskiwało z chwilą podejmowania działań społecznych. Stąd się brało owo namiętne dążenie ku dojrzałości, stąd się rodzili władcy - młodzieńcy i poeci, którzy swoje genialne utwory pisali przed osiągnięciem 20 lat życia.
Przybylskiego czytałem (i czytam) dla siebie. Czytam niemal z masochistycznym uporem, bowiem jest to okrutne, przejmujące studium starości. Starości, którą niedołężność, zdziecinnienie, otępienie, zrzędliwość i nieczułość odzierają z powagi i szacunku. Starości, która jest wstydliwie skrywana po domach opieki i po szpitalach. Starości, która ma tylko jedną perspektywę, śmierci, za którą - co jest? Znaczna część tego znakomitego eseju mówi o starości Kanta. Ten genialny mózg filozoficzny porażony otępieniem senilnym (dziś powiedzielibyśmy Alzheimerem) jest groźnym memento dla „myślących i piszących”. Zapewne, jednaka nam droga. Mówi także (a jak pięknie!) Przybylski o starości Michała Anioła, o wyczekiwaniu na piękną oberżystkę, czy Piękną Młynareczkę - litościwą Panią Śmierć. Oj, niewesoły ten mój felietonik.
A chciałem napisać o czymś innym zgoła. O moim przyjacielu, który ma stareńką Mamę. Bardzo ją kocha, choć ona już żyje innymi swoimi światami. Zdarzyło się raz - to mi opowiadał - że Mama wstała w środku nocy i zaczęła z niepokojem szukać dziecka. Kiedy chciał ją uspokoić i położyć na powrót do łóżka, powiedział: „Mamo, tu nie ma innych dzieci, to ja jestem twoim dzieckiem”. Wiekowa pani spojrzała na niego uważnie i nieco melancholijnie stwierdziła: „Nieprawda. Pan jest za stary na dziecko”.
Otóż to! Mimo całą miłość naszych Mam przychodzi pora, kiedy jesteśmy już za starzy na dziecko nawet dla nich. I to jest smutne, bowiem wszyscy pamiętamy słowa: "Jeżeli nie będziecie jako te dzieci...”