Oj zalazł mi on za skórę. W ciężkich oparach komunistycznego absurdu i beznadziei zdawał się być jakimś lekarstwem. Lekarstwo można jednak przedawkować. Tak było ze mną. Ja wpadłem w nałóg. Najpierw przeczytałem wszystko, co napisał. Potem wszystko, co o nim napisali. Pisałem o nim na maturze. A nikt go dawniej nie lekceważył i nie stawiał mu lekarskiej diagnozy. Dziś ktoś tam wspomni najwyżej, że erotoman, narkoman, schizofrenik itp. Dzieło odchodzi w zapomnienie. Kogóż dziś obchodzą jego namiętne polemiki z Chwistkiem, Irzykowskim, teorie estetyczne, płomienne krytyki i listy, walka z "fazdrygulstwem" i "gnypalstwem". Pamiętam, że najbardziej lubiłem te jego wariackie rysunki. Oglądałem je w muzeum w Słupsku, dokąd PRL zesłał mnie w celu odbycia słuzby wojskowej. Witkacy pomógł mi jakoś przetrwać koszarową nudę. Dziś już go nie czytam, ale zawsze wspominam we wrześniu. No i jeszcze film "Szpital Przemienienia" według Lema z genialną rolą Holoubka-Witkacego. Polecam.